Bo siebie da się lubić.

Mam zasady. Powtarzam to ciągle i namiętnie. “Nie całuję się z rudymi.”, “Nie całuję się z ludźmi, którzy mnie obrażają.” i “Nie całuję się z ludźmi, którzy mówią po niemiecku” to te najczęściej wyciągane spod szlafroczka i przywoływane z lubością. Łamane z częstotliwością i lubością wprost proporcjonalną do przywoływania.

Ale, żeby nie było, mam też te, które są dla mnie absolutną świętością i pomyślenie o łamaniu ich przyprawia mnie o palpitacje, zawroty głowy i natychmiastowe żądanie czekolady ku pokrzepieniu serca. Jedną z nich jest “nie chodzę na basen”.
Mówię szczerą prawdę. Żeby zaciągnąć mnie na pływalnie trzeba wołów, szantażu i kuszenia wizją zjeżdżalni i omijania torów szerokim łukiem. Skąd ta niechęć? Nie mam uczulenia na chlor, a zimną wodę da się przeżyć, nawet – olaboga – polubić. Ale jest jedna rzecz, która budzi we mnie dreszcz i natychmiastową odrazę, rzekłabym wręcz- panikę. Mianowicie wizja stroju kąpielowego.Serio, cholera mnie bierze, kiedy jestem zmuszana do przebrania się w takowy. Na plaży skrzętnie staram zakryć się nieszczęsne uda wymyślnymi chustami czy szalami w beztroskie rybki zielone, pływające po psychodelicznie różowym tle- przeżyję i to, byle tylko się zakryć. Na brzuch książka i już mogę grać Kobietę Jakże Inteligentną i Z Fantazją, Co To Czyta Książki i Zakłada Zwariowane Okrycia.
Jednak na basenie taka maskarada się nie uda. Tutaj musisz obnażyć udzisko, tam niechybnie mignie kawałek cycka- i już twoja pewność siebie wali się i pali z nieprzyzwoitą prędkością.

Cóż, nie przeczę, mam ten sam problem, co miliony kobiet- kompleksy. Z jękiem, piskiem i łzami wzbraniam się przed aż takim obnażeniem nóg, brzucha, pleców. Bo nie są idealne. Czerwienię się więc i kryguję, toczę ze wstydem oczami i marzę o większej ilości rąk, którymi mogłabym się zakryć.

Najdziwniejsze są w tym wszystkim reakcje moich znajomych. Patrzą dziwnie jakoś, nieufnie, mierzą mnie wzrokiem, jakby chcąc się upewnić, że wyglądam tak samo jak pięć sekund wcześniej. W końcu rozdziawiają gęby, z których płynie litania nagan (“co ty za bzdury wygadujesz?!”), zachwytów (“człowieku, lepszych ud to ja chyba w życiu nie zobaczę”) i jęków (“możesz mi oddać swój brzuch!”). I w takich chwilach zastanawia mnie to dogłębnie, zdumiewa i mną wstrząsa. “To oni są głupi, ślepi, chcą czegoś ode mnie czy też tak mnie lubią, że nie zauważają, jak wyglądam?”- rozmyślam wtedy, skrycie przypatrując się wszelakim częścią mojego ciała- tym razem to ja się upewniam, czy nie zmieniło się w ciągu ostatnich pięciu sekund. A potem cicho, nieśmiało, wkrada się nowa myśl “A może jednak jestem wobec siebie zbyt krytyczna…?”.

W samotności własnej alkowy przemyśliwuję więc sprawę dogłębnie i jeszcze raz przyglądam się sobie. Nie no, zawsze mogło być gorzej. Nogi rzeczywiście do remanentu, ale może wcale nie tak ciężkiego. Brzuch? Hmm, te ćwiczenia chyba jednak pomogły, bo jakiś taki… Znośny nawet. “Fajny jest”- szepce znowu nieśmiały głosik, a gdy wrodzone krygowanie się i odmawianie sobie pochwał już się we mnie budzi- mówię ‘stop’. Ćwiczenia i niejedzenie słodyczy pomogły, idiotko. Widzisz, że jest lepiej. Widzisz, że jest dobrze. Uśmiech na japę i bez pieprzenia, że wyglądasz jak w ciąży.

Staram się stosować zdrowy krytycyzm. Nie odmawiać sobie zalet, ale nie przymykać oczu na wady. Nad udami powinnam popracować, fakt- więc to zrobię. Ale reszta trzyma się nieźle. A że cycki za małe? No już pech, zrządzenie losu, Bóg tak chciał i tyle. Nie moja wina, to i się zamartwiać przestanę. Przynajmniej POSTARAM SIĘ.

I może kiedyś przejdę się na ten basen.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s