O Starym Złotniku.

 Obrazek

Był sobie, razu pewnego, Złotnik. Prowadził on swój mały zakładzik na jednej z bocznych uliczek Krakowa. Jest to miejsce z gatunku tych, na które trafić możesz jedynie błądząc.

 “Kiedyś ludzie potrafili błądzić” – myślał Złotnik – “teraz zaś nie mają na to czasu. Dawniej potrafili zaufać sercu i w zamian znajdowali moje niepowtarzalne cacka; obecnie wolą sycić wzrok blaskiem zimnych brylantów z głównych ulic.”

 I tak mijał czas, a filigranowe dzwoneczki u drzwi rozbrzmiewały coraz rzadziej. Pierścionki tylko łypały smętnie zza szyby, nie mogąc puszczać figlarnych oczek z palców dam. Coraz mniej przybywało też nowych egzemplarzy. W miarę jak misterne koronki ze złota migotały coraz bladziej, Złotnik tracił zapał.

 Nic nie zwiastowało zmian. Gdy więc pewnego sobotniego poranka rozświergotały się dzwoneczki, Złotnik aż podniósł się ze zdziwienia. Zobaczył dziewczę, lat około siedemnastu, stojące za progiem i rozglądające się z zachwytem. Jego stare, acz bystre oczy omiotły ją szybko i dyskretnie. “Wróżka” – pomyślał – “lub zjawa z przeszłości. Dziewczęta naszych czasów nie noszą sukienek. Dziewczęta naszych czasów nie mają tyle rozumu i marzeń w spojrzeniu. Dziewczęta naszych czasów nie zachodzą do starych złotników.”

 Jednak dziewczyna, mimo jego przewidywań, nie rozmyła się w powietrzu. Stała nadal na swym miejscu, sycąc brązowe oczy cudnymi wyrobami, niepomna obecności starego.

 Złotnik postanowił zakaszleć cicho, by zaakcentować swą obecność. Dziewczyna (wróżka!) odwróciła się w jego stronę na pięcie skórzanej  baletki. Jasne “dzień dobry!” rozbrzmiało w ucichłym królestwie.

 Bał się odezwać, ażeby nie spłoszyć wróżki (co za strata, gdyby nagle rozpłynęła się i pozostawiła po sobie tylko wirujące drobiny kurzu…!). Stała tak, twarzą do niego, otoczona wpadającymi do pomieszczenia promieniami niby nimbem. Brunatne jej oczy błyszczały (wszak wszyscy wiedzieli, że wróżki zapamiętale podkradały pierwsze brzaski słońca i chowały je w swoich źrenicach), a malinowe usta były pełne uśmiechu. Złotnik zapragnął dotknąć swoją starczą, pomarszczoną dłonią jej jasnej i smukłej. Jakie drobne paluszki miała! Jak jego Emilia! Dla takich paluszków tworzył koronkowo – złociste cacka, dla takich właśnie…

 Jego rozmyślania przerwał ruch dziewczyny. Zrobiła kroczek w jego kierunku, bezszelestny, taneczny kroczek. Jeden, drugi. Złotnik patrzył jak urzeczony. Sukienka łagodnie falowała, a włosy muskały jej blade policzki. Po chwili (a może wróżka zatrzymała czas i było już dwieście lat później?) stała tuż przy kontuarze. Miała piegi na nosie. Dwanaście.

  -Witaj, Złotniku.

 Jakże naturalnie brzmiało to określenie, wypowiedziane jej czystym głosem! O ileż odpowiedniejsze od jakiegoś tam “pana”!

 Mimo to łypnął na nią podejrzliwie. Dla zasady. Przecież każdy wie, że wróżki nie mają zawsze uczciwych zamiarów.

-Witaj, chochliku. Czego szukasz?

Uśmiechnęła się.

-Kamienia.

Advertisements

4 thoughts on “O Starym Złotniku.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s