Jeszcze wierzyły.

Obrazek

  Szła grupka dzieci w odblaskowych kamizelkach.

 Dreptały żwawo, trzymając się za pulchne łapki i wyglądając kasztanów wśród betonowych drzew bloków. Zimne powietrze nie przeszkadzało, a para lecąca z ust była największą rozrywką, a nie zwiastunem kolejnej zimy. Żółte liście miały sprawić przyjemność mamie, złożone w pstrokato – wariacki bukiet zebrany rączkami czterolatka; nie zapowiadały melancholii, zgnilizny i śmierci.

 Wszyscy dookoła byli najlepszymi przyjaciółmi. Pyzata buźka koleżanki kojarzyła się tylko z bajecznymi zabawami, a nie z fałszem – nie dostrzegaliśmy wtedy fałszu – bo i on wtedy nie istniał. Czarnowłosy chłopczyk w ładnej niebieskiej czapce był ochrzczony twoim mężem – wtedy jeszcze wierzyłaś, że będzie tylko jeden, jedyny, jak tatuś dla mamusi, jak mama dla tatusia, że nigdy nie obudzić się w łóżku z obrzydzeniem do siebie, zastanawiając się, kto, do cholery, leży obok. Miłość nie była bolesna, nie miała gorzkiego posmaku kawy; pachniała karmelem i pościelą rodziców.

 Wyczekiwanym celem był plac zabaw. Nie istniał w nas strach przed przyszłością – przecież wszystko tak czy siak miało być dobrze.

 

 Obserwowałam grupę dzieci, znikającą za krawędzią okna. Zbierały kasztany wśród betonowych drzew bloków.

 Jeszcze wierzyły.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s