O Starym Złotniku #3 – zakończenie.

  Obrazek

  fot. raspberryandred – Weronika, dzięki której powstała ta bajka.

Złotnik tworzył dzień i noc, śpiąc po 2 – 3 godziny. Dziwnym trafem ten tryb życia zdawał się wcale nie męczyć starego mistrza. Wręcz przeciwnie – miał wrażenie, że widzi wyraźniej obrabiane przez siebie klejnoty, a ręce spajające wszystko złotem, nie drżały. Kiedy przez przypadek spojrzał w lustro, omal nie podskoczył. Wyglądał 20 lat młodziej! Continue reading

Najpiękniejszy komplement.

 … Rozległo się pukanie do drzwi.

 Odrobinę zdziwiona (dla niewtajemniczonych: wrota do mego pokoju zostały założone dopiero niedawno; wcześniej przez niemal 7 lat byłam obiektem wyszukanych drwin i żartów z serii: “Puk, puk!”, “Nie trzaskaj drzwiami!”, “Czy ty masz firanki zamiast drzwi?”), nie wiedząc do końca jak się zachować, niepewnie odrzekłam “proszę…?”, jednocześnie chowając głowę w ramiona i przybierając wrogą minę #5. Wiedziałam bowiem, kto chciał wejść. Mój Najukochańszy Tatuś. Continue reading

Na łonie natury.

Obrazek

Siedziałam przed kompem zła na cały świat. Nic mi się nie chciało, ja niczego nie chciałam, ogólnie “nie” awansowało na słowo dnia.

Z dołu dobiegł mnie głos taty: “Juuuuuuuuuuliaaaa! Spójrz na pogodę! Potem będziesz znowu jojczeć, że pada, lepiej wyjdź na ten rower!”.

Pierwotny odruch kazał mi warknąć (jakże kreatywne) “NIE” i wlepić oczy w ekran. Po chwili jednak poklepałam się po brzuchu, westchnęłam ciężko i przebrałam się w dres, pomrukując pod nosem kołczowskie (Julia, mistrz neologizmów) zdanka – motywatory. “Dalej, rusz tyłek, to może schudniesz”; “Poruszasz się i przestaniesz być taką wredotą”; “Endorfiny, pot, krew, niebezpieczne gałęzie, na które zawsze wpadasz, fajnie będzie.”. Continue reading

“O Starym Złotniku” #2

  Obrazek

 

 Złotnik przygryzł policzek w zamyśleniu. „Kamienia”? Jakiego „kamienia”? Miłości? Bzdura! Istotka taka jak ta nie potrzebowała dodatkowych uwodzicielskich zdolności. Dziewczyna uśmiechnęła się, jakby doskonale słyszała jego myśli. To może… Złotnik aż zadrżał na samą myśl. To może chciała kamienia umarłych? Ale nie, Złotnik go nigdy nie posiadał. Kiedyś widział go przez chwilę i tak bardzo go pragnął, pragnął ścisnąć go w dłoni i zobaczyć ukochaną twarz, usłyszeć wielbioną melodię tego głosu… Lecz Złotnik już wiedział, że tych dwóch światów nie powinno się ze sobą łączyć. Zresztą dziewczyna była taka młoda, czy miała za kim tęsknić? Zerknął na nią. W brązowych oczach zamigotały iskierki smutku i stary człowiek nauczył się kolejnej rzeczy – że śmieć otacza jak kokon wszystkich wokół, nie tylko ludzi jego metryki, że ona wcale nie zważa na beztroską młodość i w każdym sercu sieje ból i tęsknotę. Złotnik zawstydził się własnej ignorancji. Jakby tylko jego wiek upoważniał do chęci kontaktu ze swymi zmarłymi! Tak jakby on wiedział, co to śmierć…

  Wbił wzrok w pierścionki pod szklaną ladą, które lśniły jakoś intensywniej, jakby chciały uwieść swoim blaskiem ewentualną nabywczynię. Ale to nie złote cacuszka były dzisiaj ważne. Kamienie, kamienie… Urody? Niemożliwe. Talentu? Wróżki tego nie potrzebowały. Snu? Oh, on już dobrze znał te ich sztuczki z ziołami, na co im jeszcze kamienie! Telepatii? Sądząc po jej chichocie, nie jest jej nic do tego potrzebne. Co mogła chcieć posiąść ta mająca wszystko dziewczyna?

 -Nie trudź się, Złotniku i nie myśl zbyt wiele. To prozaiczna ludzka – uśmiechnęła się – potrzeba. Chodzi mi o kamień zdrowia.

  Zdrowia?! Starzec przeraził się. Co dolega tej pełnej życia osóbce, że nie może poradzić sobie z tym tradycyjną magią? Wyobraził sobie nagle połamane i postrzępione skrzydełka wystające z jej drobnych pleców. Przyschnięte żyłki, zmatowiała błonka, która powinna zachwycać głębią szafiru i fioletu, ba! Jego ukochanego złota! Skrzydełka wróżki… Nadłamane, bezużyteczne, zbezczeszczone!

  Złotnik zawsze traktował ich skrzydełka niemal jak relikwię i ta straszna wizja spowodowała, że pociemniało mu przed oczami. Musi jej pomóc. Musi! Pomyślał o pokaleczonych przedmiotach swego uwielbienia i zacisnął wargi. Czekało go dzieło jego życia.

 -Przyjdź… – Złotnik szybko skalkulował zasoby sił i czasu – za trzy dni. Zrobię, co w mojej mocy. Nie dostaniesz jakiegoś tam – wydął pogardliwie wargi – nieoszlifowanego kamlota. Skoro przyszłaś do mnie, to wiesz, że dostaniesz najlepszą rzecz, jaką możesz zdobyć. Pomoże ci. Nie ma innej opcji.

  Była to chyba najdłuższa tyrada, jaką wygłosił. Dziewczyna skinęła głową i ze śpiewnym „Bądź zdrów!” lekkim kroczkiem skierowała się do drzwi, niemalże ulatując w zalewające ją promienie słońca. Zadzwoniły dzwoneczki. Wróżka znikła w potoku złota.