Na łonie natury.

Obrazek

Siedziałam przed kompem zła na cały świat. Nic mi się nie chciało, ja niczego nie chciałam, ogólnie “nie” awansowało na słowo dnia.

Z dołu dobiegł mnie głos taty: “Juuuuuuuuuuliaaaa! Spójrz na pogodę! Potem będziesz znowu jojczeć, że pada, lepiej wyjdź na ten rower!”.

Pierwotny odruch kazał mi warknąć (jakże kreatywne) “NIE” i wlepić oczy w ekran. Po chwili jednak poklepałam się po brzuchu, westchnęłam ciężko i przebrałam się w dres, pomrukując pod nosem kołczowskie (Julia, mistrz neologizmów) zdanka – motywatory. “Dalej, rusz tyłek, to może schudniesz”; “Poruszasz się i przestaniesz być taką wredotą”; “Endorfiny, pot, krew, niebezpieczne gałęzie, na które zawsze wpadasz, fajnie będzie.”.

W końcu zdołałam wyczołgać się na dwór i chwycić rower. Pomęczyłam się chwilę na asfalcie i gotowa na przeżywanie estetycznych uniesień wjechałam do lasu. Oh, jak malowniczo! Z jaką gracją spadają liście, jak pięknie wyglądają smukłe, bladolice brzozy otulone złotym welonem! Jak cicho, jak spo…

WRRRRRR. Wprost na mnie wyjeżdża jakiś Czarny Wielki Drogi Samochód, pan i władca (jak widać także leśnych) szos. Rada nierada, czując, że mój poziom irytacji znów niebezpiecznie wzrastał, nieśpiesznym tempem wjechałam na pobocze, stojąc w mokrych liściach, które już zdążyły z gracją powirować w kierunku ziemi, ba! Nawet trochę nadgnić. Po chwili mogłam już wrócić na ścieżkę i zachwycać się okolicznościami przyro…
No tak. Tak. Zapomniałam o bagnie, które zdążyło się utworzyć z zespołu nigdy niewysychających kałuż, z których jedna miała średnicę może 5-ciu metrów. Jak żywo stanął mi przed oczami obraz, kiedy to latem wpadłam do jednej z nich (tej największej i najgłębszej, rzecz jasna) z wibrującym w powietrzu “KURCZE BLADE!” (oczywiście), wydobywającym się z głębi mojej niewielkiej postaci. Znowu zsiadłam z roweru i brodząc i cmokając sobie w błotku, pokonałam kolejną przeszkodę. Teraz już mogłam spokojnie chudnąć, sycąc oczy okolicznościami natury.

O niedogodnościach takich, jak wpadające pod koła jamniki, czy hałasujący między drzewami zapaleni grzybiarze, nie ma co wspominać. Jechałam szybkim tempem, przypominając sobie, jak kochałam moje codzienne przejażdżki rowerem jakieś 5 kilogramów temu. Mojej głowy nie opuszczały jeszcze do końca negatywne myśli, ale już się cieszyłam na myśl o pokonaniu ulubionej trasy. Niedługo miał nadejść jej najlepszy etap. Przyspieszyłam…
Za drzewami ukazały mi się charakterystyczne biało – czerwone taśmy, zagradzające wjazd na moją ulubioną ścieżkę! Zgrzytnęłam zębami i zawróciłam. W las, a nie na drogę, którą jechałam. Nie, żeby w lesie nie było wydeptanej ani najmniejszej ścieżyny. Nie, żebym łaziła po kostki w liściach i kujących pnączach. Nie, żebym omal nie wybiła sobie zębów, wjeżdżając na kolejne, sprytnie ukryte pod liśćmi, spróchniałe gałęzie. Nie, żebym straciła na dotarcie na ścieżkę jakieś 10 minut. Dlaczego pytacie?

Wydostawszy się szczęśliwie z pełnego zasadzek gąszczu, wzięłam kilka głębokich wdechów i uspokoiłam się, że z innego punktu też mogę kontynuować przejażdżkę…

…Lub nie. Już z daleka zobaczyłam kolejne okropne taśmy. Skręciłam w prawo. Na końcu drogi jakiś dziwny namiot i samochód. Odbiłam w boczną dróżkę, gratulując sobie w myśli sprytu i… Kolejne taśmy, kolejny samochód. ?!?!?!?!

Zalana krwią, postanowiłam się poddać i wrócić do domu najbardziej uczęszczaną drogą. Bądź co bądź, nie spotkają mnie tam żadne zakazy wjazdu ani randomowe pojazdy. Prawda?

No, prawie. Jakieś 30 sekund później uciekałam w las przed jakimiś odpicowanymi autami, w których nawet moje niewprawne oko rozpoznało samochody rajdowe. Luje pasiaste, dróg mało, jeszcze las mi rozryją…

Droga powrotna udoskonaliła za to mój slalom. Omijałam puszczone swobodnie ogromne psy, rozszczebiotane matki z kijami od nordic walkingu, które dawały im prawo do zajęcia całej szerokości drogi (trenują!!!), małe różowe dzieci, spoconych, grubych facetów, próbujących zrzucić piwne brzuszki, podrygując nerwowo w jakiejś namiastce joggingu… I, oczywiście, samochody.

Moim faworytem był żółty bydlak, z monstrualnym zderzakiem, nadający mu wygląd jakiego spychacza, odśnieżarki czy innego kombajnu. Z założenia miała być to pewnie Chyża Rajdowa Maszyna, ale jakoś nie zdobyła mojego uznania. Kiedy wyjechało toto prosto na mnie, nie zadając sobie trudu zwolnienia na zakręcie (no bo hmmm, po co? Czy za kępą drzew mogła być jakaś… Powiedzmy… Dziewczyna na rowerze? Skąd taki pomysł?), tylko popisując się potężnym rykiem silnika, uskoczyłam na pobocze, cudem unikając potrącenia przez ten piekielny zderzak. Chyba wyglądałam, jakbym miała zaraz opluć maskę jadem, która ze złowieszczym “sszszszszssss” zaczęłaby się rozpuszczać i skwierczeć, bo kierowca zwiększył obroty silnika, zawarczał jeszcze raz i pomknął tratować psy, różowe dzieci, kije od nordic walkingu i piwne brzuchy.

Mijając w drodze powrotnej bryczki, konie, panów w mundurach i amazonki, przyobiecałam sobie solennie raz jeszcze, że zamieszkam w Bieszczadach, gdzie nie będzie tłumu na leśnych dróżkach, a warczeć i tratować będzie tylko i wyłącznie mój samochód.

Odstawiając rower, zdałam sobie sprawę, że mimo wszystko ruch sprawił, że wściekłość ze mnie wyparowała. Raźnym krokiem weszłam do domu…

I od razu zgarnęłam kolejny opieprz. Żyć, nie umierać, co?

Ale roweru i tak sobie nie odpuszczę. Jakoś trzeba schudnąć, żeby na święta móc tyć, amen.

Advertisements

One thought on “Na łonie natury.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s