O Starym Złotniku #3 – zakończenie.

  Obrazek

  fot. raspberryandred – Weronika, dzięki której powstała ta bajka.

Złotnik tworzył dzień i noc, śpiąc po 2 – 3 godziny. Dziwnym trafem ten tryb życia zdawał się wcale nie męczyć starego mistrza. Wręcz przeciwnie – miał wrażenie, że widzi wyraźniej obrabiane przez siebie klejnoty, a ręce spajające wszystko złotem, nie drżały. Kiedy przez przypadek spojrzał w lustro, omal nie podskoczył. Wyglądał 20 lat młodziej!

  W poniedziałkowy poranek Złotnik siedział za ladą wyprostowany jak struna, głaszcząc delikatnie obite w aksamit pudełko. Jego oczy lśniły, jakby brał udział w kradzieży pierwszych brzasków wraz z wróżkami. Drżał z ekscytacji i niepewności. Czy tak obrobione klejnoty zadziałają? Czy dobrze je połączył? Czy złoto uszlachetniło całość, czy też – na tę myśl ścisnęło mu się serce – zablokowało właściwości kamieni?

  Punktualnie o 11 rozśpiewały się dzwoneczki u drzwi. Brzmiały jakoś melodyjniej, światło zagrało żywiej wśród złocistej biżuterii, nawet otwierane drzwi skrzypiały weselej. Maleńki zakładzik zdawał się nabierać oddechu wraz z jasną duszyczką pojawiającą się w jego progach.

-Dzień dobry!

  Zawołała czy też wyśpiewała te słowa? Złotnik nie zdołał jednak znaleźć odpowiedzi, gdyż rozproszyła go wirująca wokół jej nóg sukienka o barwie pierwszych krokusów. Zdobył się jednak na odwzajemnienie powitania, jednocześnie chłonąc chciwie każdy szczegół jej twarzy. To dziwne… Widział ją tak wyraźnie!

  Podeszła płynnym krokiem do kontuaru, bez pośpiechu, uśmiechając się spokojnie. Pod jej oczami zauważył cienie, a na wardze widniała maleńka kropla krwi. Nie poganiała jednak starego mistrza. Czekała cierpliwie, nie wyciągając od razu dłoni po podsunięte pudełeczko. Po chwili wprawnym ruchem odemknęła zatrzask i podniosła je do oczu. Wpatrywała się uważnie w klejnot, a jej rysy wygładzały się, jakby na dziewczynę spłynął spokój.

  I rzeczywiście tak było. Widząc misterne skrzydłełka, rozbłyskujące najszlachetniejszymi uzdrawiającymi kamieniami, uśmiechnęła się. Wsunęła pierścionek na palec. Ametysty przeszły w głęboki fiolet, turkusy roziskrzyły się odlaskami prosto z głębin morza, a zielone kamienie, na które nie potrafiła znaleźć nazwy, miały soczystą barwę mchu. Rozjarzyło się złoto wieńczące całe dzieło i skrzydełka nagle drgnęły, jakby chciały pobudzić do życia swoje większe odpowiedniki. Przez twarz wróżki przemknął promień światła. Odetchnęła głęboko. Jej problemy się skończyły…

  W tej samej chwili pęk dzwoneczków u drzwi znowu wyuchł srebrzystym śmiechem. Złotnik urzeczony oderwał wzrok od dziewczyny i spojrzał w kierunku wejścia. Stała tam cudna starsza dama, z siwymi lokami… W sukience w tulipany… O pięknych, brunatnych oczach…

-Emilko, kochanie! Mówiłam ci, żebyś tak nie pędziła, dziecko najdroższe!

 Emilka błyskawicznie zdjęła pierścionek i zatrzasnęła go w pudełku, chowając je za plecami. Uśmiechnęła się słodko i pocałowała babcię w policzek.

-Babciu, musiałam zdążyć przed Tobą, żeby odebrać prezent. Wszystkiego najlepszego!

  Starsza pani z uśmiechem, który bez wątpienia był pierwowzorem uśmiechu jej wnuczki, otworzyła pudełeczko. Jej oczy rozbłysły z zachwytu, gdy ujrzała maleńkie dzieło sztuki.

-Skrzydełka wróżek… – szepnęła. – To pana wyrób? – dodała, zwracając się po raz pierwszy do Złotnika

  Zamarł. Miała cudownie aksamitny, jeszcze młodzieńczy głos, a jej zmarszczki wokół oczu wydały mu się nagle piękniejsze niż 12 piegów Emilki. Zresztą… Emilia! Ta mała nosiła cudne imię jego ukochanej! Jego serce napęczniało z uczucia. Pokochał je obie w jednej sekundzie.

-Tak, rzeczywiście… Ja go wykonałem.

 Babcia wróżki (starsza wróżka…?) uśmiechnęła się ponownie, ciepłym, dojrzałym uśmiechem osoby, która wie, co to miłość. Emilka wodziła wzrokiem od twarzy do twarzy, pojmując w jednej chwili, co działo się w sercach starszych ludzi.

-Babciu… Tak ładnie ci w tej sukience, będzie do niej pasował idealnie mój naszyjnik…

Wyciągnęła spod sukienki spory, lśniący krwiście kamień. Złotnik otworzył szeroko oczy. Czy to…

-Kochanie, naprawdę tak bardzo we mnie wątpisz, że podsuwasz mi kamień miłości? Nie będzie mi potrzebny! – żachnęła się dama.

 Cała trójka zaśmiała się głośno, a Złotnik nagle pojął wszystko, co wydarzyło się w ciągu tych trzech dni. Nie wiedział, kim była ta młoda dziewczyna, ale chcąc ją uzdrowić, uzdrowił także sam siebie. Przecież widział, o ile był sprawniejszy, a także… Że jego serce zabiło na nowo.

  Uśmiechnął się naprawdę szeroko po raz pierwszy od 20-stu lat. Tak. Żaden kamień miłości nie miał być potrzebny…

Advertisements

One thought on “O Starym Złotniku #3 – zakończenie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s