Czarni pielgrzymi.

 Obejrzałam się. “Jak pielgrzymka” – przemknęło mi przez głowę. I rzeczywiście tak było. Kilkudziesięciu czarnych pątników idących noga za nogą do celu, który miał nadejść za szybko. Pielgrzymi z dziwnie zdeformowanymi twarzami, zniekształconymi cierpieniem.

  “Pielgrzymki nie są smutne” – szepczę buntowniczo w duchu – “Nie smuć się”. Ojczenaszki przeplatam ze zdrowaśkami i urywanymi błaganiami, poszarpanymi myślami o niczym, wpatrując się gdziekolwiek, byle nie naprzód, nie na początek pochodu. Ojcze nasz… Chyba za bardzo wypastowałam te buty… Wola Twoja… W sumie, wygodne są, czarne, dobrze, że czarne, brązowe zaburzałyby całość… I odpuść… Odpuścisz, prawda, musisz odpuścić… Panie? Zdrowaś Mario…

 Po przekroczeniu bramy łapię kolejne daty i imiona, szybko przeliczam lata, wypatruję zdjęć na porcelankach. Mijają kolejne sekundy i oddechy, a ja sobie uświadamiam, że mnie też czeka kamień, imię, data… Na porcelankę już za nowocześnie…

 A potem zaczynam się zastanawiać – ile razy jeszcze będę zmuszona w tym uczestniczyć? Ile blizn mi zostanie po bolesnym wbijaniu paznokci w dłoń, ile razy będę brać udział w tej dziwnej wędrówce, w przeraźliwej karykaturze pielgrzymki, która kojarzyła mi się z czymś jak najlepszym? Kiedy znowu będę musiała obserwować znane – nieznane, odlane z wosku twarze, czując lepką łapę zaciskającą się powoli na moim gardle, z przysłoniętymi ścianą wody oczami?

 Do mojej świadomości dociera, że nieuchronnie zbliżamy się do wielkiego kopca ziemi i dziwnych, zielonych kotar. Odwracam wzrok. “Tu spoczywa rodzina Bigosów”, też ładnie. Ktoś urodzony w 1942 r. Nie żył za długo. Ah, a tu jest grób prababci Klary, nawet nie wiedziałam, że miała na nazwisko Szymańska, jej zdjęcia nie ma, jest tylko pradziadek, wiecznie młody, na owalnym medalionie.

 Parę słów, których nie pamiętam, trochę wody, trochę ziemi… Zaczął padać deszcz. Nikt nie wyciągnął pałatki, nikt nie rozłożył parasola. No tak, na pielgrzymce parasole są zakazane. A może to na Lednicy? Wyjątkowo dużo deszczu spadało na moje policzki. Słony. Dziwne. Bezszelestna droga w dół, skurczone twarze, zaczerwienione oczy. Swoje odwracam, odejmując od siebie kolejne daty. Po chwili, gdzieś z tyłu, dobiegł słaby głos tęsknej melodii. Feniks? Nie, chyba nie, chyba nawet nikt nie gra na trąbce, to mogło być w zasadzie jakieś radio…

 Ostatnie wysokie dźwięki zostały zagłuszone zbiorowym szelestem folii. Beznamiętnie patrzę na kolejne wiązanki, szeleszczące w sztucznych opakowaniach. Ktoś przyniósł słonecznie żółte chryzantemy, boleśnie kontrastujące z czarnymi wstęgami. Jak to w życiu.

 Para leci z ust, brzuchy burczą, chusteczki dawno się skończyły. Zdejmuję zbłąkany włos z płaszcza cioci, kontroluję, czy nie rozmazał mi się tusz, zdobywam się na pierwsze, niepewne półuśmiechy. Czas wracać. Wędrówka się skończyła dla jednej osoby, a dla nas…?

 Nie, nie ma tak dobrze. My jeszcze swoje musimy przyjąć na klatę wszystko, co na nas czeka, jeszcze się nieraz potknąć, pomylić kierunek drogi…

 A na końcu i tak się spotkamy.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s