Maszyna do pisania.

Obudził mnie stukot maszyny do pisania.

Podniosłam głowę. Był ranek, ranek zbyt wczesny na miłość i zbyt późny na sen. Continue reading

Advertisements

Reportaż

WALENTYNKOWA MIŁOŚĆ

-Nie ekscytuj się tak. – mruknął Kamil, studząc mój zapał – 15 minut i z głowy.

Zupełnie ignorując ostrzeżenia mojego kompana przyspieszyłam kroku, lawirując wśród skrytych pod parasolami przechodniów. Strugi deszczu lały mi się na nieosłoniętą głowę, a jakieś 15 cm nad moim uchem słyszałam ciche, wygłaszane z zaskakującą regularnością przekleństwa (mniej więcej raz na zetknięcie każdej jednej kropli z odsłoniętą skórą). Kamil, lat 17, uczeń VI Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu, a przy tym narodowiec i członek Młodzieży Wszechpolskiej zgodził się dzisiaj na zabranie mnie na specyficzną akcję walentynkową.
Na piątek 14 lutego zaplanowano coroczną akcję „Kocham Polskę”, w której to działacze MW i innych organizacji rozdawać mają darmowe plakaty patriotyczne.

– Jak można promować komercję i miłość do siebie raz do roku, to chociaż to wykorzystajmy i zróbmy coś dobrego. My promujemy miłość do ojczyzny. – wyjaśnił Kamil, gdy zafrapowana spytałam, o co tak generalnie w tym miłosnym manifeście chodzi.

W Poznaniu na narodowców można było trafić w jednym z najbardziej obleganych miejsc  – na Półwiejskiej. Koło Starego Marycha trafiliśmy na 10-cio osobową grupę w wieku około studenckim. Zupełnie normalna grupa młodych, pięknych ludzi śmiała się, narzekała i przytupywała na mokrym chodniku. Ku memu rozczarowaniu niczym się nie wyróżniali – żadnych flag, narodowych emblematów, czy chociażby „MW” na rękawie. Tylko Kamil miał czapkę z godłem swojej organizacji.

Po krótkim, treściwym powitaniu najstarszy ze zgromadzonych podzielił nas na mniejsze grupki i każdej rozdał całe naręcze plakatów. Ja poszłam za Kamilem i jego dwoma kolegami – Szymonem i Jackiem. W roli obserwatora krążyłam z nimi między Starym Marychem a Krakowską, słuchając wygłaszanych w moją stronę ostrzeżeń o dyskrecji, poufności i mając wrażenie, że trafiłam do jakiejś konspiracji. A chodziło tylko o plakaty!
Chłopcy chyba z daleka namierzali swoje „ofiary”, bo podchodzili z uroczym uśmiechem do wybranych osób i wcześniej przygotowanym bajerem. Bajery były oczywiście różne i dostosowane do odbiorcy.

Ku nam zmierza zakochana para. Szast, prast, Szymon doskakuje do kobiety dumnie dzierżącej czerwoną różę, uśmiecha się do niej z uznaniem, mężczyźnie posyła znaczące  – że spokojnie, on nie podrywa, ma misję, niech nie szykuje się do prawego sierpowego – i zaczyna gadkę:  „Widzę, że państwo zakochani i zakochani również w Polsce!”. Zakochani lekko niepewnie kiwają głową, rzucają okiem na plakat i z nieśmiałym uśmiechem przyjmują go, dziękując coraz bardziej wylewnie i żarliwie zapewniając o swoim gorącym uczuciu nie tylko do siebie, ale oczywiście także do ojczyzny.

Sytuacja się powtarza. Plakaty otrzymują kobiety, mężczyźni, sparowani, samotni, młodzi, starzy. Narodowcy z gracją umieszczają połacie papieru w wyciągniętych dłoniach, jednocześnie odpowiadając na ewentualne pytania.

-O, super! W tym roku też tu jesteście! – słyszymy.
Podchodzi do nas młoda dziewczyna i z entuzjazmem mówi, że specjalnie przyszła po plakat, bo zapamiętała tę akcję z zeszłych walentynek. Chłopacy widocznie kraśnieją, z zadowoleniem wyciągają ku niej garść plakatów i konkurują o to, kto w piękniejszych słowach wyrazi swoje patriotyczne uczucia. Po chwili roześmiana posiadaczka aż trzech afiszy odchodzi, a Wszechpolacy dalej zajmują się ich rozdawaniem. Niektórzy mijają ich obojętnie, wyraźnie się spiesząc, ale większość przechodniów z uśmiechem je bierze, a nawet zatrzymuje się na krótką pogawędkę. Dłuższą dysputę przeprowadził Jacek z siwą babuleńką.
-Kocha pani Polskę? Bo my tutaj taką akcję mamy…
-Kochać? Polskę? A co to za bzdury? Nie kocham Polski! – zakrzyknęła zadziwiająco głośno maleńka starsza pani.
-Dlaczego nie kocha pani swojej ojczyzny? – zdziwił się Jacek, wyraźnie nie spodziewając się wybuchu.
-Jej już nie ma, komuna ją zniszczyła! Teraz to te wszystkie kaczki się panoszą, mężczyźni kobiety udają, czy to Polska?!
-Ale rządzący to nie Polska… – powiedział łagodnie chłopak.

Ale babcia już dreptała w przeciwną stronę, nie biorąc plakatu. Skonfundowani działacze zabrali się do ponownego ich rozprowadzania, z zauważalnie mniejszym zapałem. Po chwili jednak los odwrócił się na ich korzyść, bo dwie zarumienione dziewczyny zgłosiły swoją chęć do zasilenia szeregów MW.
-Może ty też jednak się przyłączysz? Zrobilibyśmy Ci zdjęcie z prezesem, wrzucili na facebooka i napłynęło by świeżej krwi, jakby zobaczyli, że u nas jest taka fajna laska. – szepnął mi Kamil, gdy chwilowo zrobiło się pusto i nie było kogo zaczepić.
Zaśmiałam się, chociaż myśl wydawała mi się kusząca. Ideały MW były szczytne i bardzo mi bliskie, to całe wychowywanie elit i krzewienie patriotyzmu – brzmiało sielankowo, a było na wyciągnięcie ręki. Wskazałam jednak brodą na zbliżającą się zakonnicę, nic nie odpowiadając. Kamil bez słowa ruszył ku niej, jakby zrozumiał, że jeszcze nie poznałam tego środowiska na tyle, aby się na to zdecydować.
-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! W ramach akcji walentynkowej rozdajemy plakaty i głosimy, że KOCHAMY POLSKĘ…
Siostra zakonna nie zatrzymała się, wyraźnie zabiegana, ale wyrzuciła zaciśniętą pięść w górę i zawołała wesoło:
-Tak jest, tak trzymać, kochajcie Polskę! – i zniknęła wraz z błyskiem srebrnego krzyża na piersiach.

Plakaty powoli się kończyły, a teksty Wszechpolaków stawały się coraz mniej urozmaicone. Deszcz z zapałem moczył wszystko na swojej drodze, w tym także troskliwie zwinięte połacie papieru. Zapał widocznie gasł wprost proporcjonalnie do stopnia przemoczenia działaczy. W końcu ostatni walentynkowy “prezent” odszedł wraz z ubranym szaro mężczyzną, a narodowcy odetchnęli z ulgą.

-Napisz tam, że byliśmy dzielni i przemarznięci. – powiedział Kamil, rozcierając czerwone dłonie.

Uśmiechnęłam się i pokiwałam głową. Chłopcy rzeczywiście z godną podziwu wytrwałością aktywnie uczestniczyli w akcji, która wbrew przewidywaniom nie trwała wcale 15 minut, a około 1,5 godziny.

Kamil rozprostował ostatnią sztukę plakatu, którą zostawił sobie i pokazał mi, abym jeszcze raz się przyjrzała. Dumny, piękny orzeł bielik w koronie leciał nad słowami “Kocham Polskę!”. Było w nim coś poruszającego, odwołującego się do wartości krzewionych w Polsce przedwojennej i wojennej, a obecnie nieco zakurzonych i zaniedbanych.

-Widzisz? To właśnie robi Młodzież Wszechpolska. Nie jesteśmy żadnymi faszystami – prychnął – po prostu próbujemy wrócić do tego, co było i wzmocnić to, co się rozpada. I właśnie próbuję cię zwerbować na mojego wyborcę za 10 lat. – dokończył żartobliwie, chyba zawstydzony patetycznym tonem, który wdarł się w jego wypowiedź.

Pokiwałam powoli głową, a potem spojrzałam na naszego orła. Serce zabiło mi szybciej. Chyba się zakochałam…

Zegarek zatrzymał się.

 Obrazek

  Wskazówki malutkiego złotego zegarka zatrzymały się za jeden dziewiąta.

 Zegarek jest stary, złoto ściemniało, tarcza wydaje się lekko zasnuta mgłą niepamięci. Nie wiem, czy ta filigranowa ozdoba pasuje do mojej bladej, gładkiej dłoni. Jego miejscem był nadgarstek szczuplejszy od mojego, odkąd pamiętam pomarszczony, brązowy, upstrzony maleńkimi plamkami. Wtedy wskazówki się nie zatrzymywały, zawsze w porę nakręcone przez pracowite palce naznaczone duchem czasu.

 Wieczorami zegarek lądował na szafce. Blat szafki był szaro – biały, w kratkę. Zegarek nocami spoczywał między lodówką (na jej boku wisiał przyklejony kalendarz z zapisanymi wszystkimi ważnymi wydarzeniami. Pismo było chaotyczne i trudne do rozczytania. Zawsze z przyjemnością odnajdywałam “20 stycznia – urodziny Julki” i “27 lipca – imieniny Julki”) a mikrofalówką, w towarzystwie drogich okularów (były w złotych oprawkach, wysadzane maleńkimi cyrkoniami, ich szkła ściemniały się pod wpływem słońca. Mój brat dostał lanie jeden jedyny raz, gdy na nich usiadł.) i resztek pomadki, wydłubywanych wykałaczką.

 Tam było jego miejsce, nie na moim gładkim, drewnianym biurku.

 Biżuteria musiała do siebie pasować, dlatego nigdy nie widziałam u niej niczego srebrnego. Dopiero teraz oglądam kolczyki, których zarys pamiętam jak przez mgłę, tylko z czerwonego, aksamitnego pudełka, w którym były schowane (w małym pokoju, biała szafa, pierwsza szuflada, wypadająca z szyn). Biały kołnierzyk z pereł pamiętam z jakichś świąt, ostatni krzyk mody. Nie był obecny w moim dzieciństwie, ale wspomnienia z nim związane są boleśnie świeże.

 Zegarek należał do kogoś, kogo kocham.

 Ludzie mają śmieszny zwyczaj mówienia o swoich uczuciach wobec zmarłych w czasie przeszłym. Czy to, że nie ma już tej osoby fizycznie na tym świecie oznacza, że ktoś zresetował Twoje uczucia? Odeszła, więc nie kocham?

 Kochasz. Wyzbądź się tego idiotycznego przyzwyczajenia i pozwól swoim zmarłym żyć. I płakać jak małe dziecko na widok starego, złotego zegarka. Bo czujesz.

Dla babci,
w której mieszkaniu nic już nie trwa poza czasem.
Kocham Cię.