pewien poniedziałek

Nic nie jest tak, jak być powinno. Za ciemno, za zimno, za dużo, za mało, za późno, nie teraz, wciąż.

Weekend znów ustąpił miejsca poniedziałkowi, jakby niedziela musiała być zawsze cicha i pokorna; jakby musiała bez szemrania dać się zastepować przez tego ponurego psychopatę.

Słowa nie pasują do siebie tak, jak powinny, a ziemniak już trzeci raz spadł mi z widelca, dodając barwy obrusowi. Kot jak zwykle łasi się kiedy nie trzeba, a ja płaczę, płaczę i płaczę, bo płacze niebo. Kartka i długopis przestały być wrogami i to także budzi łzy, choć już innego rodzaju. Coś we mnie wróciło i nieśmiało rozpakowuje walizki. Z założonymi na piersiach rękami patrzę na syna marnotrawnego i milczę. Niech zostanie.

Advertisements