Chleba naszego powszedniego

Urodziłam się i dorastałam w dobrobycie. Nie, nie byliśmy ani nie jesteśmy bogaci, ale nigdy niczego mi nie brakowało. Zostałam wychowana na nierozpieszczone dziecko, które nie dostawało najnowszych gadżetów, ale wszystkie moje potrzeby były zaspokajane.

Podkreślam: nie chodzi mi o brak najnowocześniejszej komórki (a potem smartphona) ani drogich ubrań. Dzisiaj, w miejscu, w którym aktualnie jestem, brak definiuję inaczej niż duża część moich rówieśników. Wiecie, co jest brakiem? Brak dachu nad głową. Brak rodziny. Brak bezpieczeństwa. Brak prądu. Brak żywności. Brak wody.

Dorastaliśmy, mając to wszystko pod ręką. Nigdy nie żyliśmy w przeświadczeniu, że to nam się należy – jedzenie, picie, dom, rodzina – to po prostu BYŁO. Jako coś absolutnie niepodważalnego, jako fundament naszego istnienia. Nie przeszło nam przez myśl, że któraś z tych potrzeb może zostać niezaspokojona. Tak, byliśmy dziećmi. Dzisiaj jednak już nie jesteśmy, a nam nadal nie spędza to snu z powiek. Dlaczego nagle chleb miałby zniknąć z naszych stołów?

Dzisiaj mam 18 lat, a w państwie ościennym toczy się wojna. Nagle dotarło do mnie coś, co nigdy wcześniej nie przeszło mi przez myśl – tego wszystkiego, co mam, nagle mogłoby zabraknąć. Tak po prostu. Nie dlatego, że jestem niezdolna do pracy czy że na to nie zasługuję. Zostałoby mi to odebrane bezprawnie – mi, nam wszystkim – i nie byłoby nikogo, kto mógłby pomóc.

To nagłe oświecenie nie przyniosło mi ulgi. To trudne, bolesne uczucie, które jednak wywołało we mnie coś bardzo dobrego. Wdzięczność.

Ogarnęła mnie ostatnio mania dziękowania. Za wszystko. Wstaję rano i dziękuję, że mogłam spokojnie przespać noc. Robię śniadanie i przed pokrojeniem chleba robię na nim znak krzyża. Dziękuję przy tym Bogu, że mogę jeść ten chleb i mi go nie braknie. Jadę do szkoły i dziękuję w duchu, że mogę wsiąść w autobus kiedy chcę i jechać gdzie chcę. Siedzę przed lekcjami na korytarzu i dziękuję, że mogę się uczyć. Piszę sprawdzian z matematyki i dziękuję, że to, że go pewnie nie zaliczę, jest moim największym zmartwieniem. Wracam do domu, ciepłego domu i dziękuję za schronienie, za gaz, prąd i drewno na opał. Długo biorę prysznic, mając na ustach podziękowanie za dostatek ciepłej wody. Kładę się w łóżku i dziękuję za nie, za jego bezpieczeństwo, wygodę, za przykrywające mnie warstwy, dzięki którym nigdy nie marznę. Patrzę w oczy moich najbliższych i dziękuję, że nie muszę drżeć o ich życie.

I tak codziennie. Naprawdę. W ostatnim czasie moje dni składają się z litanii podziękowań, przerywanych (jak to zwykle bywa) większymi lub mniejszymi porażkami, złymi humorami, zmartwieniami i lękami. Niemniej zawsze w sercu jest wdzięczność. Pierwszy raz w życiu doceniam nie tylko to, że zaspokojone są moje potrzeby z “górki”, ale też to, że nie brakuje mi niczego na pozór oczywistego. Bo naprawdę, naprawdę – tego wcale nie musiałoby być.

Tak, zdaję sobie sprawę, że nie odkryłam Ameryki. Wiem jak duża część populacji żyje na granicy przetrwania. Ale zdarzyło się to komukolwiek z Was? Bo mi nie.

Gorąco się modlę, żeby taki brak nie spotkał nigdy nikogo z nas. Nie wiadomo jednak, co przyniesie nam los. Dlatego dzisiaj naprawdę cieszmy się z tego, co mamy, nawet jeśli na pozór nie jest to nic dobrego (przykład – nauka). Kiedyś możemy za tym zatęsknić.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s