Esencje – marzec

esencja

Przysłowie “w marcu jak w garncu” postanowiłam w tym roku zinterpretować nieco inaczej.

Zanurzam się w smakach, zapachach, marzę o wiosenno-letnich warzywach i owocach. Z błyskiem w oku kroję kiełki, rzodkiewki i inne smaki wykwitającej wiosny na małe kawałki.

Zaczepiam cienki patyczek o zbyt nisko wiszące chmury i kręcę je jak watę cukrową, by zrobić miejsce dla słońca. A gdy mi się to udaje, piorę białe buty i wystawiam je na parapet, wyciągam jaskrawo-różową kurtkę (marząc, by rozszarpać na kawałki zimową puchówkę) i wsiadam na rower zamiast do autobusu. Nawet jazda do urzędu ma wtedy w sobie jakiś urok.

Uroku natomiast nie ma szalejący śnieg, skutecznie odstraszający białe buty i różowe kurtki. Do odważnych świat należy, ale ja utożsamiam się z tą połową społeczeństwa, która nie ufa pogodzie na tyle, żeby ostatecznie rozwieść się z zimowymi ubraniami. Wracamy do siebie niechętnie, pod naporem lodowatych strug deszczu i podmuchów wiatru.

Co wtedy mogę zrobić? Zamykam się w mojej kuchni i znowu zaczyna się rzecz o jedzeniu. Marzę o domowych lodach, kiedy pogoda wskazuje raczej na konieczność wypicia gorącej czekolady. Myślę o wypiekach wielkanocnych, a ironiczny głosik w mojej głowie podszeptuje mi, że do tego gradu i śniegu to tylko pierniki. Wzruszam jedynie ramionami wobec tego przejawu krytyki i z uporem maniaka wypatruję świeżej zieleni. Próbuję udowodnić sama sobie, że myślenie o masie kajmakowej do mazurka jest tu zupełnie na miejscu. Maleńkie listki i puszyste bazie na szczęście utwierdzają mnie w tym przekonaniu, dlatego z coraz większą śmiałością puszczam wodze fantazji o wielkanocnych ciastach.

Szukam nowych pól działania, zainspirowana wiosną znacznie bardziej niż początkiem nowego roku. Biegam i automatycznie z nadmiaru entuzjazmu przeciążam nogę. Niezrażona spaceruję, skaczę, ruszam się jak najwięcej, byle tylko móc dalej zatracać się w smakowaniu i planowaniu kolejnych potraw i wypieków. Po cichutku marzę (a jakże) o blogu kulinarnym i z lekkim odcieniem smutku przypominam sobie, że jednak lepiej wychodzi mi malowanie słowem, niż układanie jedzenia w niesamowite kompozycje. Na chwilę obecną zostaję więc przy tradycyjnej formie bloga, trochę tylko niepocieszona.

Jak zwykle z otwartymi ramionami oczekuję kolejnego miesiąca. Zza warstwy marznącego deszczu wyglądam już wybuchających pąków i oszałamiająco pachnących bzów. Cudownego, pachnącego kwietnia Wam wszystkim.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s