Co zmienił w moim życiu sport?

co zmienił w moim życiu sport?

Zasadniczo sport od dziecka zajmował sporą część mojego życia.   Inna opcja byłaby po prostu niemożliwa z tatą – zapalonym sportowcem. Najpierw wraz z mamą posłał mnie do szkoły sportowej, potem na treningi taekwondo, a w gimnazjum ciągle próbował oderwać mnie od książek i wypchnąć na rower. Cała moja rodzina jest zresztą bardzo aktywna, więc bycie antysportowcem w takim otoczeniu jest naprawdę trudne (a uwierzcie, próbowałam). W życiu większości ludzi ma miejsce moment, w którym nic się nie chce robić, tylko leżeć na kanapie i jeść. U niektórych ten moment trwa przez całe życie, u mnie zaczął pojawiać się jakieś 2 – 3 lata temu. Jako że w tym samym czasie kończyłam już rosnąć i dojrzewać, to spowolnił się mój metabolizm. Zaczęło się więc tycie, panika, chudnięcie, a jak już schudłam, to sobie odpuszczałam. I znowu, tycie, panika… Ile można?

Wreszcie świadomie pomyślałam, że chcę, żeby sport stał się nie środkiem do celu, a samym celem. Chciałam być silniejsza, sprawniejsza, bardziej odporna, zdrowsza i oczywiście szczuplejsza. Chciałam zmienić mój styl życia na stałe, nie tylko na wakacyjny okres. Jak już pisałam – kiedy podejmuję jakieś wyzwanie, to nie ma już odwołania. Po prostu to robię. Gdy więc podjęłam decyzję o rozpoczęciu naprawdę sportowego życia, zwyczajnie wstałam, ubrałam buty, wzięłam matę i odpaliłam trening na YouTubie. Trudne? I tak, i nie. Z jednej strony jestem osobą, której aktywne życie nie jest obce, z drugiej – najchętniej spędzałabym połowę dnia pod kocem i z książką. Zawsze byłam też dość wysportowana, więc wytrzymanie więcej niż 15-stu minut intensywnych ćwiczeń nie było dla mnie takim wyzwaniem. Znacznie trudniej jest ćwiczyć systematycznie. Przecież następnego dnia bolały mnie mięśnie, a poza tym wracałam ze szkoły dość późno… Gdybym tak myślała, to wyszłoby z tego to, co zawsze – nic. Gdy jednak słowa przeszły w czyny i zaczęłam ćwiczyć 5-6 razy w tygodniu, efekty mogłam zauważyć natychmiastowo. I te mniej, i te bardziej oczywiste. Przede wszystkim…

1. Schudłam

 Oczywista oczywistość. Wiele osób pyta mnie “z czego?” i mimo, że mi to pochlebia, to naprawdę miałam co zrzucić. Nie wierzę w BMI, bo ja przy wadze teoretycznie prawidłowej zaczynam wyglądać jak beczułka na dwóch krótkich nóżkach. Niestety od prawie dwóch lat ta waga utrzymywała się na “dobrym” poziomie i nie za bardzo mogłam ją zbić. Kiedy już mi się to trochę udawało, ja z jakiegoś powodu przestawałam ćwiczyć (choroby, brak czasu) i wracałam do punktu wyjścia. Ćwicząc regularnie, nie wiadomo kiedy zgubiłam te kilka kilogramów. I naprawdę czuję się rewelacyjnie.

2. Z przyjemnością patrzę w lustro

 Ten punkt wiąże się ściśle z poprzednim i jest to dość logiczne. Czuję się dobrze = wyglądam dobrze, proste. No i jaka to przyjemność nie mieć problemu ze spojrzeniem na siebie w przymierzalni!

3. Jestem bardziej pewna siebie

 Znowu wynika to z dwóch poprzednich punktów. Mam wrażenie, że chodzę bardziej wyprostowana, mniej się wstydzę i nie mam problemu z tym, że ktoś na mnie patrzy. Już nie myślę, że na pewno po to, żeby mnie obgadać. Niech patrzy.

4. Mniej się stresuję

  Jestem bardzo nerwowa. Przejmuję się wszystkim, martwi mnie dużo rzeczy, a w mojej głowie powstają wizje, które spokojnie mogłyby konkurować z filmami katastroficznymi. Codzienny wysiłek fizyczny okazał się więc być dla mnie idealny – wyładowuję się, wyciszam, łapię dystans. Przestałam palpitować przed każdym sprawdzianem z matematyki i zasypiać z czarnymi myślami. Sport działa znacznie lepiej niż tabletki uspokajające i chętnie korzystam z tego środka.

5. Pożegnałam przeziębienia

 Jestem osobą, która potrafi przeziębić się w trakcie upalnego lata. Łapię infekcje tak samo szybko jak jedynki z matmy, a ból gardła to moje drugie imię. Okazało się, że jest na to rozwiązanie – sport i zdrowe odżywianie. Gdy na początku kwietnia zaczęło boleć mnie gardło, to przestało po niecałym dniu. Tak po prostu. Normalnie byłoby z tego pewnie tygodniowe przeziębienie. Zauważyłam, że rzadziej boli mnie brzuch i głowa. Tylko mięśnie bardziej czuję, ale to akurat przyjmuję z przyjemnością.

6. Mogę jeść słodycze!

 No dobra, tutaj w połowie żartuję. Szczerze mówiąc, jem teraz znacznie mniej słodyczy niż kiedyś i mam na nie o wiele mniejszą ochotę. “Mniejsza” nie oznacza jednak “żadnej”, więc gdy złapie mnie ochota na coś dobrego, to bez wyrzutów sumienia zjadam te lody lub trochę czekolady. Po pierwsze – zmniejszam ilości, po drugie – i tak wieczorem będę ćwiczyć, więc czuję, że nic się nie stanie, jeśli od czasu do czasu zjem coś, co niekoniecznie zalicza się do super foods. Pożegnałam poczucie winy po zjedzeniu słodyczy i nie czuję się jak mały słoń, gdy tylko moja dieta odbiegnie od tej poprawnej. Duży i kolejny plus dla higieny psychicznej.

7. Zyskałam więcej czasu

 Ten punkt jest paradoksalny, no bo jak przeznaczając godzinę dziennie na ćwiczenia, ja mam nagle więcej czasu? Słowo klucz to harmonogram. Wiem, że codziennie o 19 idę ćwiczyć, więc inne czynności muszę zaplanować tak, aby z nimi zdążyć. W praktyce wygląda to tak, że czas dotąd marnowany pod kocem teraz w pełni wykorzystuję. Nie miałam jeszcze sytuacji, żebym nie znalazła czasu na ćwiczenia, a to jedna z podstawowych wymówek. Masz czas na trzy godziny spędzone w internecie? Tym bardziej znajdziesz chociaż pół godziny, żeby się poruszać.

8. Nauczyłam się samodyscypliny

 Może nie jestem mistrzynią w dziedzinie samodyscypliny, jednak ta godzina sportu wpisana w codzienny plan bardzo pomogła mi w zorganizowaniu się. Muszę zrobić to, to i to do danej godziny i koniec. Potem obowiązkowo trening. Po treningu jest czas na ewentualne dokończenie czegoś i odpoczynek. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak poukładana. Prawdopodobnie nigdy.

9. Lepiej śpię

 Zmęczenie fizyczne powoduje, że szybciej zasypiam, lepiej wypoczywam i po prostu za dnia mam więcej energii.

10. Łatwiej mi się wstaje

 Nie powiem, żebym lubiła konieczność wstawania o 6, ale w dni wolne coraz częściej budzę się przed 7, co jeszcze niedawno było niemożliwe. Wiąże się to oczywiście z lepszym snem i wypoczynkiem, a daje mi dłuższą i bardziej efektywną dobę. Muszę tylko pamiętać, żeby nie chodzić spać po 23:30, bo inaczej to nie działa.

11. Czerpię przyjemność z ćwiczeń

 Tak, są nieraz ciężkie i męczące, czasem muszę zrobić chwilę przerwy, napić się wody i zwolnić. Nie przeszkadza mi to jednak, bo zaczęłam się cieszyć tymi ćwiczeniami. Codziennie czekam na moją godzinę treningu i szczerze ją uwielbiam. Dzień bez niej wydaje mi się po prostu niepełny. To jest chyba mój największy sukces – polubiłam wysiłek fizyczny, który autentycznie stał się częścią mojego życia. Lepszego i nowszego, a to tylko za sprawą założenia butów i ruszenia się z miejsca. Na tę chwilę właśnie te korzyści przychodzą mi do głowy. Jestem jednak przekonana, że mogłabym ich wymienić co najmniej drugie tyle, gdybym miała się dłużej zastanowić. Pewnie inne punkty przyjdą mi do głowy po dłuższym czasie tego “sportowego” życia – te zauważyłam po miesiącu z hakiem. Nie potrzeba dużo, żeby podnieść jakość swojego życia. Wystarczy się ruszyć i naprawdę tego chcieć – a potem już z górki. Powodzenia!

pic via pinterest.com

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s